Nie przyświeca im już nawet żadna złowroga myśl czy hedonistyczna doktryna - to pozbawieni refleksji, puści ludzie. Potrafią jedynie udawać przed innymi wartość, pomagać na pokaz i żyć w blasku dawnego znaczenia ich postfeudalnych tytułów. Egzystencja tych ludzi nie ma znaczenia i nigdzie nie prowadzi.
W ubiegłym roku wzięłam ślub z moim mężem po prawie trzech latach znajomości. Poznaliśmy się w 2015 roku. On studiował w moim mieście rodzinnym. jego dom znajdował się o ponad 100 km
Zachowujesz się jak rozkapryszone dziecko, które za nic nie dopuści do siebie, że mogło nawalić, a przy tym winnych szuka wszędzie, byle nie w sobie. Mało tego, nawet nie raczysz zauważyć, że osoby wypowiadające się w tym wątku poświęcają Ci swój wolny czas i usiłują pomóc. W tym tonie ta dyskusja doprawdy nie ma sensu.
gives advice. he's hanging in there. it'll do. Pokaż więcej. Felipe jest bardzo przyjazny, szybko reaguje i daje radę. Felipe is very friendly, quick to respond and gives advice. Cierpi, dopóki Scott zakłóca transmisje, ale daje radę. As long as Scott's jamming their transmissions, he's hurting, but he's hanging in there.
. Strony 1 Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź 1 2015-11-15 01:47:25 Ostatnio edytowany przez lastdream (2015-11-15 01:53:36) lastdream Wkręcam się coraz bardziej Nieaktywny Zarejestrowany: 2015-11-15 Posty: 31 Temat: Nie daje sobie rady psychiczniePostaram sie skrócić jak najbardziej sie da. A więc przeżyłam dwa poważne związki, w sumie mozna powiedziec ze jeden, ten który zakonczył sie miesiąc temu. Tylko ze ten pierwszy dał mi duzo do myslenia przestałam patrzec na ludzi tak samo moj były nr 1 skrzwydził mnie strasznie, mozna powiedziec znęcał sie psychicznie. Zmienił mnie. Stałam sie wrażliwsza, bardziej potrzebowałam miłości, ciezko mi było sie otworzyć na kogoś nowego w sensie chłopaka bo bałam sie, ze znowu zostane skrzywdzona. I tak o to potem pojawił sie eks nr 2. Wiadomo początki super pięknie, ponad rok związku bez powazniejszych kłotni czy zerwań. Raz zerwaliśmy w zimie bo cos mu brakowało, ale po kilku dniach pisał, chciał wrocić. Pomyslalam okej w sumie to było głupie. Potem sobie zyliśmy az w maju znowu jemu sie wypaliło. To było juz powazniejsze rozstanie, mimo ze mielismy jako taki kontakt. Mówił ze juz nigdy do mnie nie wróci, że to koniec na zawsze. A jednak po 1,5 miesiąca pojechalismy razem nad jezioro i wrocilismy do siebie. Potem były najcudowniejsze wakacje w moim zyciu, no ideał chłopaka zrozumiałam ze musiał sobie dużo przemyśleć. Wspomniał ze przez tą przerwe pisał z taka dziewczyna ale to tylko pisanie ze nawet sie nie spotkali (to była jego stara znajoma, moja w sumie też kiedys dobrze sie kolegowałyśmy), ze dla zabicia czasu, ze nic nie zaczyło, ze ma słaba figurę ze jest takim 'fejmem' - jego słowa. Myslalam dobra miał prawo, tylko poprosiłam zeby wiecej z nia nie pisał. No i było okej az do pażdziernika mniej wiecej. Przestało mu zależeć, duzo kłotni, nie odzywaliśmy sie do siebie po kilka dni tak bez powodu (gdzie w wakacje jak sie nie odzywał pol dnia juz mi pisał ze kochanie przepraszam jestem dzisiaj zajęty itp), widziałam ze jesteśmy na skraju. Było tak ze raz obiecywał ze bedzie lepiej nazajutrz znowu miał wszystko gdzieś. W końcu nie wytrzymałam powiedzialam ze czuje sie jak niepotrzebny ktoś w tym związku ze mam dość i ze to koniec, on na spokojnie ze tez o tym myslal i chcial sam ze mna zerwac nastepnego dnia.. Mysle ok. I tak minał miesiąc. Ale co jest najgorsze? Ze mnie rozrywa z bolu. Zaczal sie spotykać z tą laską co z nią pisał wtedy na wiosne, ogolnie powiedzielismy sobie ze zero kontaktu nie chcemy sie widzieć itp. I tak wlasnie bedac wczoraj w klubie widzialam go jak całuje sie z nią. Na moich oczach metr ode mnie, jakby nigdy tego nie robili, ani me ani be do mnie głupie hej, nic i ciagle razem papuszki nierozłączki, za rączke itp. I wtedy cos we mnie pękło. Bo to jeszcze niedawno ja byłam na jej miejscu, to mnie dotykal i przytulał, a teraz byłam powietrzem. Chociaz kolezanki mowiły mi ze cos chwile na mnie zerka, przyglada sie, ale to jak z nia tanczył jak dotykał rozyrwało mnie od srodka... nie wiem czy są parą. Ale nie umiem sobie z tym poradzic szczególnie ze to ta dziewczyna gdzie mówil na nia takie słowa. Czuje sie jak gówno za przeproszeniem. Nie mam motywacji do zycia, nie czuje potrzeby zeby wstac rano. Po prostu spełniły sie wszystkie moje koszmary. Skrzywdzil mnie, nie potrafie komukolwiek znowu zaufać, otworzyć serce, boje sie kolejnego związku ze znowu zostane zdeptana.. Jak żyć? Nie wiem co robić, na prawde go kochałam, starałam sie zawsze, bylam dla niego dobra a i tak to za mało.. Byliśmy razem 2,5 roku. A on tak szybko znalazł sobie nową.. Czuje jakby ciązyło nade mną jakieś fatum, nie moge byc dluzej szczesliwa bo zaraz wszystko sie psuje.. Dodam jeszcze ze ja byłam jego pierwszą pod kazdym względem (on w sumie był moim pierwszym w sprawach intymnych), a w tamtej przerwie wiosennej miał łozkową przygode z taka przypadkową dziewczyną, jednorazowy numerek, zabolało jak mi o tym powiedział ale potem zrozumiałam szczególnie ze mnie przytulał mowil ze jestem najwazniejsza osoba w jego zyciu, ze kocha mnie najbardziej na swiecie.. a za miesiąc zerwaliśmy (powiedział mi o tym dopiero 3 miesiące po tym jak do siebie wrocilismy). Jestem w rozsypce, dziewczyny pomozcie 2 Odpowiedź przez ahrozumiem@ 2015-11-15 01:53:05 ahrozumiem@ Zbanowany Nieaktywny Zarejestrowany: 2015-09-13 Posty: 315 Odp: Nie daje sobie rady psychicznieile on ma lat? 3 Odpowiedź przez 2015-11-15 01:54:03 Niewinne początki Nieaktywny Zarejestrowany: 2015-11-15 Posty: 2 Odp: Nie daje sobie rady psychicznie szczerze ci powiem ze on się toba bawił odchodził wracał normalnie jak zabawkę;/ wspołczuje ci bo wiem co to znaczy kochać kogoś kto na to nie zasługuje sama jestem w tragicznym związku mój maż traktuje mnie jak powietrze jest tylko milutki jak ma ochotę na sex nic wiecej i przy tym nawet nie jest czuły wobec mnie ;/mamy razem córkę nie wspiera mnie od roku proszę go żebym mogła dorywczo choć pójsć do pracy lub nawet do szkoły nic zero reakcji ..dobrze zrobiłaś że się przełamałaś i skończyłaś ten toksyczny związek j tez muszę to zrobić moją pasją jest malowanie zazwyczaj maluje farbami lecz zdarza się ze również pastelami czy nawet same szkice ołówkiem kocham też jazdę konną oraz pływanie choć na poczatku nie wiem dlaczego nie mogłam się nauczyć pływać strasznie mi to pomału szło ale odkąd regularnie zaczełam ćwiczyc szybko się nauczyłam i teraz jest to dla mnie dziecinnie proste..aczkolwiek jak to kobieta kocham plotkować . 4 Odpowiedź przez lastdream 2015-11-15 01:55:32 lastdream Wkręcam się coraz bardziej Nieaktywny Zarejestrowany: 2015-11-15 Posty: 31 Odp: Nie daje sobie rady psychiczniemamy prawie po 20 lat. Wiem ze to mało ale jednak jestem bardzo uczuciową osobą i nie umiem sie pogodzić ze ciagle przytrafia mi sie coś złego... Nie chce juz z nim byc zdałam sobie sprawe ze to juz nie jest ten sam chłopak którego tak kochałam, zmienił sie nie do poznania, jednak to nie zmienia faktu ze cierpie.. znowu 5 Odpowiedź przez lastdream 2015-11-15 01:58:51 lastdream Wkręcam się coraz bardziej Nieaktywny Zarejestrowany: 2015-11-15 Posty: 31 Odp: Nie daje sobie rady psychicznieJustyna wiem to, ale jak mielismy wracac jak byly jakies takie akcje to po prostu był taki kochany ze nie mogłam, tak sie starał a potem.. Wszystko sie rozsypało 6 Odpowiedź przez ahrozumiem@ 2015-11-15 01:59:53 ahrozumiem@ Zbanowany Nieaktywny Zarejestrowany: 2015-09-13 Posty: 315 Odp: Nie daje sobie rady psychicznieMnie zostawił po prawie 4 latach. Przez 3 miesiące jeszcze mamił , że wrócimy do siebie. Dwa razy poszliśmy do łóżka. Miałam myśli samobójcze, bo kochałam go najbardziej na świecie. Ból jest cały czas mimo , że minęło tyle czasu:/ łączę się z Tobą:/ a mam lat 24 7 Odpowiedź przez lastdream 2015-11-15 02:40:08 lastdream Wkręcam się coraz bardziej Nieaktywny Zarejestrowany: 2015-11-15 Posty: 31 Odp: Nie daje sobie rady psychicznieahrozumiem wspólczuje Ci... Ja wiem ze my juz nigdy nie bedziemy razem, boli, ale wiem ze to niemożliwe po tym wszystkim. Przykre ze osoby ktore jeszcze niedawo tyle znaczyły dla nas i odwrotnie traktują jak powietrze i potrafią tak łatwo wszystko obrócić. Ale karma wróci, wierze w to 8 Odpowiedź przez lastdream 2015-11-19 17:26:48 lastdream Wkręcam się coraz bardziej Nieaktywny Zarejestrowany: 2015-11-15 Posty: 31 Odp: Nie daje sobie rady psychicznieDowiedziałam się że się z nią spotyka i kręcą ze sobą... Nie sądziłam ze tak szybko znajdzie nową.. 9 Odpowiedź przez AnnaKrk 2015-11-19 22:25:55 AnnaKrk Niewinne początki Nieaktywny Zarejestrowany: 2015-11-08 Posty: 3 Odp: Nie daje sobie rady psychicznieWiesz,jeżeli on się tak zachowuje-to przynajmniej masz jasną sytuację,że najwyższy czas skupić się na własnym zyciu i realizacji własnych marzeń,bo domyslam się,że za rok o tej porze chciałabyś widzieć siebie stabilną emocjonalnie,z nowymi przemyslanymi pasjami i wierzącą,że poukładanie swojego zycia zawodowego i osobistego jest możliwe Trzymam kciuki za Ciebie 10 Odpowiedź przez josz 2015-11-20 02:04:35 josz Przyjaciółka Forum Nieaktywny Zarejestrowany: 2014-12-14 Posty: 4,533 Odp: Nie daje sobie rady psychicznieGdy on tak namiętnie całował tę dziewczynę stojąc tuż obok Ciebie, mogłaś radośnie przywitać się z nim i okazać lekkie zdumienie, dziwiąc się głośno, że jeszcze niedawno mówił, że ona ma taką kiepską figurę i w ogóle go nie pociąga, a mówią, że to kobieta zmienną jest, po czym życzyć im miłej zabawy ŻARTUJĘ, oczywiście, domyślam się, że czułaś się fatalnie i o to mu właśnie za kim płaczesz, przecież ten typ od dawna Cię lekceważył, zdradzał, a powyższym incydentem tylko udowodnił, że jest kompletnym dupkiem, niech teraz jego nowa panna zasmakuje tego go całkowicie, nie kontaktuj się z nim pod żadnym pozorem, nie odpowiadaj na jego ewentualne z rady AnnaKrk 11 Odpowiedź przez Ismena1976 2015-11-20 14:40:15 Ismena1976 Przyjaciółka Forum Nieaktywny Zarejestrowany: 2014-11-03 Posty: 1,381 Odp: Nie daje sobie rady psychicznieWitam Cie pierwsze,nie masz czego zalowac-to w najwiekszym ,ze ten chlopak jest osoba,ktora bardzo szybko nudzi sie w zwiazku,jest niestabilny,kreci go wylacznie poczatek zwiazku-czyli ten tzw "high".Poza tym jest kompletnie niuczciwy,niegodny Cie i robilby to nadal ,gdybyscie nadal byli szczescie nie jestescie juz jak sie czujesz jest czyms zupelnie sie,tak jak wielu z sie przejsc przez ten okres "zaloby"jak najjkrocej i jak najmniej o tej tzw "zalobie "po zwiazku,spotkaj sie z sie jak najmniej analizowac jego osobe-jego poczynania,rozwazanie typu"co by bylo gdyby".Absolutnie nie proboj tez sie obwiniac-ze niby bylby inny jakbys robila tak ,a nie uwage musisz skupic na ten paskudny nastroj tak szybko nie sobie ,ze inni tez sie mysl na razie o nowym zwiazku-nie bylaby to przemyslana decyzja,a raczej akt sie,przejdz ten niefajny budowac siebie na nowo. Strony 1 Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź
Witam Na imię mi Zosia i piszę tutaj tak po prostu,żeby się wygadać. Rady nie szukam, bo na mój problem,żadnego sensownego rozwiązania nie widzę. Od kilku lat nie najlepiej się czuję. Przestałam odczuwać pozytywne emocje, bardzo łatwo reaguję złością i ciągle jestem smutna. Problemem jest dorosłe życie, w które powolutku wchodzę i już widzę same wady. W tym roku będę kończyła studia, zamierzam iść potem do szkoły policealnej, pouczyć się do matury z biologii i rozpocząć inny kierunek,który bardziej mnie interesuje. Jednak po tych 3 latach studiowania wrobiłam sobie bardzo negatywną (a raczej smutną) opinie na temat dorosłości i ogólnie studiowania. Zacznę może od tego,że nie jestem osobą niesamodzielną. Doskonale daje sobie radę z różnymi sprawami do załatwienia, gotować i zadbać o siebie też potrafię, więc to nie jest dla mnie problem, a wręcz cieszę się,że w załatwianiu własnych spraw nikt mnie nie wyręcza. Z nauką też nie mam problemów, uczę się dobrze i otrzymuję stypendia naukowe. Problemem są dla mnie kontakty międzyludzkie. Po 3 latach na studiach nadal nie mam z kim wyjść na piwo, czy porozmawiać podczas przerw. Całe dnie spędzam w akademiku nudząc się. To nie jest tak,że nic z tym nie robiłam. Próbowałam zagadywać do tych ludzi, wkręcić się w rozmowę ale oni mają mnie totalnie gdzieś. Nikogo tutaj nie obchodzę, dosłownie. Mam wrażenie,że tak już będzie zawsze. Bardzo brakuje mi tej typowo szkolnej atmosfery, gdzie każdy w klasie był ważny, nawet jak ktoś odstawał to i tak znalazły się dobre duszyczki,które z taką osobą czasem porozmawiały, brakuje mi nauczycieli,których interesuje co się z nami dzieje, brakuje mi nawet tych sytuacji, kiedy kłótnie, bójki, czy dziwne zdarzenia nie umykały pedagogom. Brakuje mi luzu na lekcjach, rozmów z nauczycielami i partnerskich relacji. I wreszcie, brakuje mi normalnych, wyluzowanych rówieśników z poczuciem humoru. Brakuje mi tych wieczornych wyjść raz na miesiąc pod wiadukt z tanim winiaczem, rozmów o głupotach i ciekawych przygód, jak zaczepianie ludzi (w sensie pozytywnym) i poznawanie w ten sposób nowych osób. Na studiach boleśnie przekonałam się, że nic dla nikogo nie znaczę i że mojej nieobecności nikt by nie zauważył. To potwornie boli. Nikt się nie interesuje,czy istniejesz i co się z tobą dzieje. Masz zaliczać. Tylko to się liczy. Lub siedzieć bezczynnie na wykładach, gdzie wykładowca gada przez 1,5 godziny, nie nawiązuje prawie żadnego kontaktu ze studentami i tak dzień w dzień. Studenci wcale nie lepsi, nie jest tak jak ludzie opowiadają, że imprezy, fajni ludzie, nic z tych rzeczy! Ci ludzie nawet nie są zainteresowani rozmową ze mną. Kiedy zagaduję do kogoś, to ta osoba wydaje się nie słuchać, potakuje tylko i tyle. Moje kontakty opierają się tutaj na zasadzie przysług, czysto przedmiotowe są, bo nikt nie jest zainteresowany niczym więcej. Próbowałam wkręcić się w towarzystwo kilku osób, to bez wzajemności. Owszem, kiedy zagadywałam to z łaski swojej odpowiadali ale to za każdym razem ja musiałam zaczynać rozmowę, gdy tego nie robiłam to mogłam sobie stać bezczynnie przed salą i nikt sam nie podszedł. Nie jestem typem desperatki, nie daję się wykorzystywać, więc odpuściłam, bo nie mam zamiaru się prosić o łaskę tych ludzi. Mam specyficzny charakter ogólnie. Jestem osobą bardzo spontaniczną, trochę nadpobudliwą. W szkole zawsze przyjmowałam rolę błazna klasowego,która mi odpowiadała, bo mam duże poczucie humoru i lubię się śmiać. Na studiach jednak trafiłam na samych sztywniaków. Nikogo nie śmieszą moje żarty, nie potrafię się totalnie zestroić z tymi ludźmi, atmosfery nie mogę rozluźniać, bo to "już nie wypada". Wykładowcy traktują nas jak dorosłych 40 latków, skrajnie odpowiedzialnych i poważnych i odnoszę wrażenie,że niektórym naprawdę do tego niedaleko. Tematów ze studentami też nie mam. Brakuje mi w tych rozmowach luzu, swojskiej atmosfery i gadania na ciekawe tematy. Zamiast tego jak już raz na rok do kogoś zagadam, to dostaję 10 minutową rozmowę o drodze na Śląsk, korkach i krzywej jezdni, albo ładowarkach do telefonu, różnych typach tych ładowarek i w kółko takie nudne tematy i to wszystko w takim naukowym, elokwentnym języku, że normalnie wolę się wycofać z tej rozmowy, bo czuję się jak debil. Każdy z was pewnie pamięta sytuacje, za dzieciaka,kiedy to siadało się przy stole i dorośli gadali. O takich nudnych rzeczach,że rzygać się chciało. Dokładnie tak się czuje wśród studentów. Porażka... I ten wszechobecny egocentryzm. Owszem, każdy jest trochę egoistą, to nawet w sumie dobrze ale to co się tutaj odprawia przekracza wszelkie granice dobrego smaku. W liceum mieszkałam przez pewien czas w internacie i atmosfera była nieziemska. Już w pierwszy dzień po wprowadzeniu się, zapukali do mnie ludzie z chęcią integracji. Każdy był ze sobą na "cześć", bywały wspólne wypady na miasto, a i współlokatorkę miałam ciepłą, miłą i życzliwą. Teraz mieszkam w akademiku i jest totalnie na odwrót. Ludzie się unikają, imprezy są tylko w zamkniętym gronie, zamiast normalnego, ludzkiego kontaktu panoszy się donosicielstwo, a moje współlokatorki to takie egoistki, że szok. Pokój mamy malutki, ledwo się mieścimy we dwójkę ale ze sprzątaniem jest problem. Dzisiaj się wkurzyłam, wysprzątałam cały pokój i mówię o tym swojej współlokatorce, gdy przyszła z zajęć i uprzedziłam ją,że teraz będzie jej kolej,żeby posprzątać, to dowiedziałam się, że ona ostatnio sprzątała ale "swoją część". No w szoku byłam... Te pokoje są tak malutkie, że ona chyba musiała linijką te śmieci rozdzielać, żeby nie daj boże nie posprzątać czegoś po mojej stronie... Nie wspomnę już o tym,że z nią również nie mam kontaktu,bo siedzi zajęta sobą i przez całe dnie poza "cześć" i "pa", albo "mogę pożyczyć.." nie zamieniamy ani jednego słowa. Próbowałam zagadywać ale kiedy okazało się,że laska potrafi rozmawiać tylko o sobie to zrezygnowałam..... Czuje się tutaj niechciana. To duży problem dla mnie. Jestem totalnie samotna na studiach, nie mam do kogo gęby otworzyć. Pozostaje też świadomość tego, że tak będzie chyba zawsze... Próbowałam integrować się w innych miejscach w mieście,w którym studiuje ale ludzie są dosłownie wszędzie tacy sami. Wszędzie ten sam schemat komunikacji, czyli płytka,egoistyczna towarzyskość na zewnątrz,a w środku bezgraniczne poczucie odpowiedzialności i niezdolność do wyluzowania. Tak to odbieram. Czy tak będzie już zawsze? Wydaje mi się,że jestem niedojrzała przy tych ludziach, że nie osiągnęłam tego poziomu dorosłości i dlatego ich nie rozumiem -__- Już trzy lata po liceum,a ja wciąż myślami jestem w tamtym okresie, z tamtymi ludźmi i tamtą atmosferą.... Nastrój na tych studiach mam fatalny. Częste wahania nastroju, brak pozytywnych uczuć, ciągła nuda, dodatkowo zaczęłam objadać się słodyczami, jem mniej więcej reklamówkę słodyczy dziennie, za każdym razem jak trochę posmutnieję... Mam w sobie ogromne pokłady, niewyładowanej energii, ciągle mnie nosi, żeby dodać jakiś śmieszny komentarz na zajęciach, albo rozluźnić atmosferę, albo po pierwsze i tak nikogo to nie śmieszy, po drugie "nie wypada",a po trzecie mam tak słabe kontakty z tymi ludźmi i tak rzadko się odzywam, że i tak wyszłabym teraz na dziwaczkę. Mam wrażenie,że nie wolno mi być sobą. Porażka..
Pustynia to nie termin geograficzny, ale obraz egzystencji człowieka, także dzisiaj. Pustynia jest w ludzkim życiu realnie obecna. Jest częścią człowieka, życia, każdego oznacza słowo pustynia? W rozumieniu Biblii pustynia nie oznacza „przestrzeni wypełnionej piaskiem”. Pustynia jest raczej obrazem samotności, opuszczenia, wypalenia. Być na pustyni oznacza: nie mieć nikogo, nie móc się porozumieć, uginać się pod ciężarem, nie znajdować w niczym radości, być osowiałym, „wewnętrznie skurczonym” (Anselm z Canterbury). Pustynia to bezradność i uzależnienie od innych, rozpacz i uczucie, że ziemia zapada się pod stopami, wewnętrzna pustka i to nie termin geograficzny, ale obraz egzystencji człowieka, także także:Pytano starca na pustyni: W jaki sposób dusza nabiera pokory? Ten odpowiedziałTomasz Sartory, znany teolog katolicki, opisał kiedyś „sytuację pustyni” dzisiejszego człowieka w następujący sposób:Człowiek współczesny nie przemierza suchego, bezludnego kraju w dosłownym tego słowa znaczeniu. Mieszka w miastach. Ale czyż właśnie te gęsto zaludnione miasta nie są miejscami największej samotności i opuszczenia? Czyż nowoczesne mrówkowce nie stały się właśnie symbolem nowoczesnego odludzia? W wielu jednoosobowych celach ludzie urządzali sobie z czasem z coraz większą perfekcją i luksusem swoje pustelnie. Te cztery ściany, w których, zazwyczaj samotni, czekają na telefon, na wizytę, na coś, co przerwie rozpacz osamotnienia. Któż może w nieskończoność czytać, słuchać płyt, oglądać telewizję, czy też przygotowywać smakołyki na grillu. Tu mamy kawałek nowoczesnej pustyni, miejsce osamotnienia i się: samotność przybrała dziś przerażające rozmiary. Zewnętrznie ludzie coraz bardziej przybliżają się do siebie, ich serca jednak oddalają się od siebie. Sieć stosunków międzyludzkich porwana jest na strzępy. Jakże wielu z nas ma poczucie, że traci grunt pod nogami, czuje się opuszczonymi! Jakże wielu z nas nie ma się komu zwierzyć, załamuje się, traci odwagę, ulega poczuciu bezradności, niemożności przedsięwzięcia czegokolwiek, chciałoby najchętniej „ze sobą skończyć”.Na pustyni każdy jest całkiem sam. Dotyczy to ludzi biednych w tym samym stopniu, co bogatych. Nie ma tu nikogo, do kogo można by zaraz zadzwonić, zapytać, poprosić o radę czy informację. Pustynia jest nudna i jednostajna, ciągle to samo: słońce, wiatr i ma nic, co by mogło odwrócić naszą uwagę. Nie ma nikogo oprócz nas nikogo nie pozostawia bez echa. Stanowi całą rozpiętość fizycznych i duchowych cierpień, defekty psychiczne, granice naszego temperamentu. Także niepowodzenia i upadki, nieporozumienia i niezrozumienia, pogarda i pomówienie – wszystko to kryje w sobie słowo: to wszystko, co „przekreśla” nasze życie, co nas „krzyżuje”, co nam wchodzi w drogę: wszystko, co nas trapi, oczernia i hańbi, co przekreśla nasze plany, wszystko co nas męczy, hamuje i przeszkadza nam, co obraca w niwecz nasze trudy, wszystko, co nie pozwala nam się cieszyć, co nas boli, co nam kaleczy życie, nas nieomal także:Matki pustyni: jedna była… mnichem, inna mieszkała w grobowcuNiepowodzenia zawodowe, brak pracy, kłopoty z krążeniem, awans, który nas ominął; człowiek, który nam działa na nerwy albo odwrotnie: do którego czujemy nadmierną sympatię; ktoś, z kogo należałoby zrezygnować, ale się nie potrafi; uporczywe myśli i depresje; córka, która nie przeszła do następnej klasy, syn, który nie daje sobie rady w Ameryce, „niechęć do słuchania o kimkolwiek z samego tylko rozczarowania”, niemożność zaufania Bogu, bo nic się nie udało – cały ten barwny bałagan może kryć się pod pojęciem pustyni, przez którą musimy iść, co dzień, co – to nazwane i nienazwane fobie, poczucie straty i zawodu, błędne postawy i błędne gesty, drogi naokoło i drogi do nikąd, słuszne lub urojone poczucie winy; rozczarowania, które nie zawsze wyprowadzają z błędu; cierpienia i niezaspokojone potrzeby, dla których jeszcze nie znaleziono imienia, ale które można by sprowadzić do wspólnego mianownika: dłużej już się nie da, mimo, że by się która dosłownie rozbija się o chłód własnego dziecka; oszukana dziewczyna; rodzina, w której nikt już ze sobą nie rozmawia; żona, którą mąż zdradza, lub po prostu zostawia, wyrzuca jak „zużyty mebel”…Tak można by przytaczać szereg przykładów. Pustynia jest w ludzkim życiu realnie obecna. Jest częścią człowieka, życia, każdego życia, jak głowa jest częścią ciała. Nikt, patrząc na swoje życie nie może powiedzieć z czystym sumieniem: „Jestem bezgranicznie szczęśliwy. W moim życiu wszystko dotąd szło jak z płatka!” To byłoby wprowadzanie samego siebie w błąd, oszukiwanie samego siebie. Byłby to człowiek, który nigdy naprawdę nie żył. „Bezgranicznie szczęśliwy” to bajeczka dla grzecznych jest tak stara jak sama ludzkość. Doświadczały jej już wielkie postaci biblijne. Abraham, Mojżesz, Eliasz, Dawid, Jan Chrzciciel, Chrystus, Paweł – każdy z nich miał swoją pustynię, taką czy inną. Jedni doświadczali jej dłużej, inni krócej, jedni w większym, inni w mniejszym przykład Eliasz, prorok Starego Testamentu, miał wszystkiego dość i pragnął umrzeć, jak czytamy w Pierwszej Księdze Królewskiej (19,1nn). Jonasz nie poszedł do Niniwy i uciekł do Tarszisz (= Gibraltar), uważany wtedy za „koniec świata”. Św. Paweł, apostoł narodów, wzdychał nad swoim „nieszczęśliwym ciałem” (Rz 8,23); a Jezus wzdychał nad „złym i cudzołożnym plemieniem” (Mk 9,23; Mt 17,17; Łk 12,50; Mt 26,38).Przez cóż musiał przejść Dawid, który drogo musiał zapłacić za swoje cudzołóstwo, albo Jeremiasz, ten wspaniały i wrażliwy człowiek, który oddał Bogu swoje ostatnie siły! Jakże wzdychali przed laty autorzy psalmów równo 2700 lat temu: Jahwe, jak możesz do tego dopuścić, żeby złość ludzka tak nas prześladowała, abyśmy dusili się w błocie, aby woda sięgała nam po szyję, żeby porywał nas prąd! „Zbudź się Panie, dlaczego śpisz…?”Czytaj także:Abba Antoni: „Tak rób, a będziesz zbawiony”. Ojcowie pustyni wiedzą, co mówiąPrawo pustyni przewija się przez całą historię Kościoła, począwszy od Ojców Pustyni a skończywszy na św. Janie od Krzyża (1542–1591), wielkiej św. Teresie z Avila (1515–1582) i św. Ignacym Loyoli (1491–1556) aż do św. Edyty Stein (1891–1942). Najwyraźniej pustynia to ważna brama do przyszłości prawem pustyni spotykamy się też w naszym codziennym życiu. W tej pustyni przypominamy wyschniętą i popękaną ziemię, która woła o wodę. Ale czyż nie jest z drugiej strony prawdą: kto jest spragniony, ma nadzieję na to, że dostanie coś do picia?Pustynia, jeśli się na niej wytrwa, może stać się wielką życiową szansą. Okazuje się potem, że była to niepowtarzalna możliwość, aby dorosnąć, zdobyć wiedzę inaczej nieosiągalną. Pustynia ma niezwykłe znaczenie dla wewnętrznego dojrzewania człowieka, można wręcz powiedzieć: nieocenioną wartość.„Ludzie pokryci bliznami mają w sobie szczególny żar” (Gisbert Greshake), można było przeczytać swego czasu na jednej z kart kalendarza. Oznacza to: Ludzie Ci nauczyli się, że rany to jednocześnie egzamin z życia, klasówka z życia, aby wypróbować siłę, wewnętrzne przekonanie, charakter człowieka. W tym duchu pisze też Georg Moser, zmarły w 1988 biskup diecezji Rottenburg-Stuttgart, w swej książce: Auf dem Weg zu mir selbst:Cierpienie może uczynić nieczułym i zgorzkniałym; potrafi jednak też otworzyć nam oczy i podarować nam głębsze i klarowniejsze spojrzenie na świat. Burząc fasady i łamiąc lód na powierzchni naszej egzystencji, otwiera nas na nowe doświadczenia i nowe horyzonty. Doświadczenia pustyni nie da się niczym zastąpić. Ktoś kiedyś powiedział:Gdy zastanawiam się nad swoim życiem muszę przyznać: Najcenniejszymi godzinami mojego życia były te, kiedy wydawało mi się, że jestem w sytuacji bez wyjścia. Często odkrywamy, że to, co z pozoru wygląda na nieszczęście, okazuje się wkrótce Ludwig Balling, misjonarz z zakonu Mariannhill, wyraża tę myśl w następujący sposób:Odnowa i nawrócenie możliwe są tylko dla tego, kto krzyżowi mówi tak. Bez krzyża – bez bólu, bez trudu i wysiłku nie ma prawdziwego postępu, również w życiu duchowym. Droga do wewnętrznej reformy prowadzi przez Golgotę. Napis w katedrze w Schleswig jest wyrazem prastarego doświadczenia: „Musimy codziennie umierać, aby nie umrzeć, kiedy będziemy umierać”. Nam, ludziom współczesnym trudno to pojąć. Myślimy „perfekcjonistycznie”. Wszystko musi być doskonałe i stawać się jeszcze doskonalsze: mieszkanie i wyposażenie, od robota kuchennego po telewizor. Do tego świata nie pasuje żaden krzyż, żaden ból, żadne cierpienie, żadna pustynia. Są jak gruba krecha, co przekreśla nasze osiągnięcia. Zdarzyło się to już uczniom: słowa o krzyżu wydawały im się ciemne, tak, że nie mogli ich zrozumieć (por. Łk 9,45).Zrozumieć tego się nie da, można w to tylko uwierzyć. Wiara to jednak więcej niż wiedza. Wiara jest łaską i Bóg chce byśmy o nią prosili. Kto się modli, pokona przeciwności lub może już je pokonał. Ale – nie każdy cierpiący znajduje drogę do wyzwalającej także:A jeśli przez „trudnego brata” mówi do nas Jezus? Ojcowie Pustyni piszą o „słabym punkcie”Fragment książki „Nie ma bezsensownych dróg” Reinhard Abeln, dr filozofii, ur. 1938, żonaty, dwoje dzieci; uzyskawszy niższy stopień nauczycielski, studiował filozofię, psychologię, pedagogikę i antropologię; od 1970 dziennikarz kościelnej prasy, wykładowca na Uniwersytecie Trzeciego Wieku; liczne publikacje dotyczące problemów życiowych, małżeńskich i Kner, prałat, ur. 1911, przez 40 lat duszpasterz parafialny w Studgarcie i Ulm, przez 13 lat kapelan w Klinice Psychiatrii i Neurologii w Rottweil-Rottenmünster, od 1988 proboszcz w stanie spoczynku w domu „Dobry Pasterz” w Untermarchtol; ma na koncie liczne kursy wyjazdowe i dni skupienia; autor licznych książek i broszur z poradami duszpasterskimi w ważnych życiowych problemach.
Nadzieja wbrew nadziei – Tekst Martha Stark – Jak nie szkodzić sobie w życiu? Albert Einstein mówił, że szaleństwem jest robienie wciąż tego samego i oczekiwania innych rezultatów. Na tym polega nieustępliwa nadzieja. Ujawnia ją młody mężczyzna, który nie ustępuje w dążeniach, choć wie, że obiekt jego pragnień nie chce mieć z nim nic do czynienia. Albo kobieta, która poświęca wszystko dla pracy, łudząc się, że zostanie doceniona przez szefa i otrzyma podwyżkę, choć szef znany jest ze swego skąpstwa. Taka nieustępliwa nadzieja stanowi obronę przed poczuciem żalu i rozpaczą. Pozwala uniknąć bólu i rozczarowania ludźmi, zwłaszcza tymi, którzy znaczą dla nas najwięcej. Trzymamy się uporczywej wiary, że jednak uda nam się zmienić bliską osobę w taką, jaką chcielibyśmy, żeby była. A z drugiej strony ogarnia nas nieustępliwa wściekłość, kiedy uświadamiamy sobie, że mimo wysiłków i żarliwego pragnienia być może nigdy nam się to nie uda. Nawet jeśli spotykamy kogoś dobrego na swej drodze, to mamy nieodpartą potrzebę, by odtworzyć w tej nowej relacji “starego złego”, czyli osobę, która nas zawiodła, skrzywdziła, opuściła, a potem za wszelką cenę próbujemy ją zmienić. Bo takie relacje znamy, w nich paradoksalnie czujemy się bezpiecznie. Dobrze oddają ten mechanizm słowa piosenki Warnera Zenova: “Jeśli mnie nie opuścisz, znajdę kogoś, kto to zrobi”. Szukając nadziei do potwierdzenia Można by przypuszczać, że kobieta, która doznała wielu cierpień od rodzica alkoholika nie będzie poszukiwała tego typu partnera, by spędzić z nim resztę życia. Będzie szukała partnera, który nie pije, nie jest uzależniony i sama będzie brzydziła się alkoholem. Dzieję się jednak inaczej (nie jest to reguła) ale jest duże prawdopodobieństwo, że właśnie z takim partnerem się zwiąże. Będzie ponownie toczyć walkę o to, by ten partner zmienił się dla niej i przestał pić. Walkę już tą raz podjęła, gdy pił jej ojciec. Walkę tę przegrała, z dużym prawdopodobieństwiem finał kolejnej walki będzie taki sam. Tylko jedna z grup na facebooku Zupełnie nie potrafię zrozumieć osób, które dołączają do różnych grup facebookowych jak np: Toksyczne związki, Toksyczne relacje. Opisują swój problem, zaistniałą sytuację, po czym przeważnie w większości przypadków doradza tej osobie, która przechodzi podobne piekło. Jak można słuchać rozwiązań od osób, które znajdują się w podobnej sytuacji? Chyba tylko dla potwierdzenia: Nie przejmuj się też to przechodziłam, za niedługo będzie lepiej. Musisz być cierpliwa. To nie jest żadne rozwiązanie, tylko potwierdzenie i przyzwolenie na to by tkwić w tej toksycznej relacji dłużej. Owszem znajdują się też osoby, które przeszły przez to piekło i zachęcają, by zdecydowanie przerwać tę relację, ale to jest niewielki procent. Nie jest to złe, że taka grupa powstała, może i nawet dobrze, że taka jest. Przynajmniej widzisz, że nie jesteś jakimś wyjątkiem i ktoś ma podobny problem do Ciebie, można dostrzec nadzieję, że może coś się jeszcze zmienić. Natomiast pomocy wyjścia z tak toksycznej relacji szukałbym u specjalisty. Jeśli faktycznie chcesz zmienić sytuację, w której się znajdujesz, a nie szukasz tylko potwierdzenia, że jest to dobre – trzeba szukać rozwiązania znacznie dalej jak na grupie facebookowej. Warto przeczytać: Zmiana jest nieunikniona Rzeczy, których dla siebie nie robisz, a powinnaś Jutro będzie lepiej 10 które powinieneś przestać sobie robić Będzie mi miło, jeśli udostępnisz ten artykuł dalej! Dziękuje!
nie daje sobie rady w zyciu